czwartek, 28 lipca 2016

NIE LEPIEJ TO GONIĆ KRÓLICZKA?




Czytam o nowej modzie, która nie ominęła - a niby dlaczego miałaby? - również Islandii, czyli o szukaniu wirtualnych stworów w realnym świecie. Z tej okazji wygrzebałem z mojego archiwum zdjęcia, przy których można by podyskutować o wyższości łapania żywego króliczka nad uganianiem się za wirtualnym Pokemonem (zdj: Hfj 23 listopada 2007).






środa, 15 czerwca 2016

ISLANDZKIE 500+




Widzę, zerkając przypadkowo na stronę tytułową "Freci" sprzed kilku dni, że Islandia wprowadza swój własny program 500+. Ale w tym przypadku rząd nie daje, ale odbiera. Tym samym wprowadzany jest w życie plan, o czym wspominałem (TUTAJ) rok temu.

W Þingvellir wprowadzono od 16 maja tego roku opłaty za parkingi tym tłumnie odwiedzanym przez turystów miejscu, które nie jest może szczególnie wyjątkowym ze względów krajobrazowych, ale ze względów historycznych jak najbardziej - w roku 930 zebrał się tu po raz pierwszy islandzki parlament. Z tych ostatnich względów, w tym miejscu w 1930 roku utworzono park narodowy, który w 1972 wciągnięto na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Całodobowa opłata, ważna na trzy z pięciu parkingów w rejonie parku narodowego (TUTAJ MAPKA), wynosi właśnie 500 islandzkich koron za samochód osobowy, za mikrobusy i autokary: 750 - 3000 ISK (CENNIK). Nie są to sumy powalające z nóg, ale...

Po prostu fajnie było z tą powszechną nieskrępowaną opłatami dostępnością. Z tych sentymentalnych względów zamieszczam kilka moich archiwalnych zdjęć, gdy opłat jeszcze nie było (ale był hotel widoczny na zdjęciu lotniczym, który spłonął kilka dobrych lat temu). No i tłumów też jeszcze nie było. I choć wysokość opłat nie zrujnują budżetu, to coś mi się wydaje, że zaczną się porady podróżowania "za grosik" z nocnym (co w okresie letnim nie oznacza: po ciemaku) smakowaniem Islandii, bo pracownicy pobierający i czuwający nad ściąganiem opłat w tym i innych atrakcjach turystycznych, pojawiają się w godzinach dziennych.











niedziela, 28 lutego 2016

BLOG W RUINIE, czyli BLOGOWE P.S.




Pośród gości tych moich skromnych progów są (mam taką naiwną nadzieję) jeszcze osoby pamiętające, że ten blog jest kontynuacją - a raczej: przysłowiowym drugim wejściem do tej samej rzeki - bloga, którego założyłem w 2007 roku na platformie Blox. Te stare wiarusy być może pamiętają też, że zdarzyło się mi na przestrzeni tych już blisko dziewięciu lat blogowania, rzucać w kąt to zajęcie. Powodami tego były czasami odmienne stany świadomości, spowodowane występującym w nadmiernej częstotliwości jesiennym deszczem, niekorzystnie wpływającym na ciało i duszę nagromadzeniem plam na Słońcu, nieodpowiednią konfiguracją planet wobec Księżyca, itp. pierdół, mających jakoby wpływ na nasze życie i samopoczucie.

Jest jeszcze jedna przyczyna, o której wcześniej tu nie wspominałem, bo po pierwsze, nie lubię zbytnio narzekać, a po drugie, mam dość swojej "donkiszoterii"...



Wiele razy, w wielu miejscach sieci zdarzyło mi się natknąć na swoje zdjęcia, które sobie ktoś przywłaszczył, zgodnie z panującą w sieci zasadą: wszystko jest nasze, czyli niczyje. Zazwyczaj przechodziłem obok tego obojętnie, choć ciśnienie mi wzrastało skokowo. No bo co - sprawę sądową będę zakładał za swoją głupotę? Głupotę, która pchnęła mnie do zamieszczania swoich zdjęć w sieci; głupotę, która każe mi wierzyć w ludzką uczciwość i przyzwoitość? Czas był przywyknąć... Jednak w zeszłym roku, gdy swoje zdjęcie, zrobione w latach 70. ubiegłego wieku, znalazłem na oficjalnej stronie Urzędu Miasta Gdyni, podpisane: "autor nieznany" - tego już mi było za wiele. Napisałem skargę na taki stan rzeczy, wyjaśniając, że autor jest jak najbardziej znany. Urząd zareagował błyskawicznie, usuwając moje zdjęcie ze swoich stron. Zaprosili mnie do wypalenia "fajki pokoju" przy filiżance kawy. Oni wyjaśnili, jak to się stało. Ja wyjaśniłem, że nie oczekuję żadnych innych roszczeń, oprócz właściwego podpisania zdjęcia. I było po sprawie - na życie zarabiam pracą na "kierowniczym" stanowisku, i z tego, do pierwszego mam.



Z udowodnieniem, kto nacisnął spust migawki, sprawa jest dość prosta - karty na stół, czyli negatywy bądź też pliki. Gorzej z tekstami. Tu często sprawa ustalenia ich autorstwa przypomina proces poszlakowy. W tym momencie przypominam sobie dwie ostatnio głośne sprawy o posądzenie o plagiat. Obydwie z 2014 roku. W pierwszym z przypadków, Katarzyna Pakosińska (kiedyś występowała w kabarecie) "omyłkowo nie oznaczyła niektórych cytatów" a jej książka o Gruzji zawiera zaledwie "zapożyczenia". W tymże samym roku ze swoich "kilku zdań, sześć, może dziewięć... Podobnych", które znalazły się w książce o wyprawie na Broad Peak, tłumaczył się Jacek Hugo-Bader. Tłumaczył się w stylu: "Może to tylko nonszalancja, niechlujstwo? Albo nieświadoma inspiracja? Może poniosła mnie materia?".

Głupie kilka zdań na grubą książkę, kilka nieoznaczonych cytatów, i w końcu moje głupie jedno zdjęcie pośród miliardów walających się po internetowych chmurach... O co ten cały krzyk? Nie o te drobiazgi (choć w przypadku książek chodzi zazwyczaj też o kasę), ale o coś tak elementarnego - a w sieci jakby zapomnianego - jak zwykła ludzka uczciwość i przyzwoitość.

Czy po takim przydługim zagajeniu, muszę wyjawiać tę niezwiązaną z siłami przyrody przyczynę, dla której nie raz odechciewało mi się blogowania (tak na marginesie: Pakosińską oskarżyli blogerzy, prowadzący stronę o Gruzji)?

Ani blisko pięć lat przebywania na Islandii, ani wczytanie się w tysiące stron archiwalnych czasopism i dzienników, ani przejrzenie kilku książek, ani wreszcie obejrzenie ponad 30 tysięcy historycznych zdjęć dostępnych w sieci, nie czynią mnie ekspertem d.s. Islandii. Nie sprawiają, że mógłbym powiedzieć: Islandia nie ma dla mnie już żadnych tajemnic.
I bardzo dobrze - dzień, w którym nie miałbym już niczego do odkrycia, byłby chyba moim najnieszczęśliwszym dniem w życiu (rozpatrując tylko przypadek Islandii, rzecz jasna). Ale dalsze "prace odkrywkowe" muszą poczekać na lepsze czasy. Dopóki całkowicie nie pogodzę się z myślą, że kiedyś w przyszłości kolejną osobę piszącą w domowym zaciszu książkę, nie "poniesie materia"...

Oczywiście ja również przy pisaniu swoich tekstów korzystam często z owoców czyjejś pracy. Nie da się wiedzieć wszystkiego. I tak jak nikt chyba nie podejrzewa, że twórcy wszelakich encyklopedii posiadają tak rozległą wiedzę, aby móc obejść się bez tekstów źródłowych przy tworzeniu tych wydawnictw, tak i ja nie posiadam wiedzy absolutnej w temacie wyspy.
Ale każda encyklopedia posiada bibliografię, której rolę w moim przypadku spełniają linki, lub w przynajmniej wzmianka skąd wiedzę posiadłem, jeśli nie ma możliwości linkowania.
Ten drobny, jakże pożądany zabieg, sprawia, że z podniesioną głową można iść przez życie i błąkać się po bezmiarze sieci.



Tu mam taki apel, być może naiwny, ale co mi tam...
Drogi czytelniku, jeśli jesteś zwykłym turystą - bez obrazy - zamierzającym odwiedzić Islandię i trafiłeś na mojego bloga, to niewiele tu znajdziesz dla siebie. Raczej nie zainteresuje ciebie odkrycie, że w Hfj, w miejscu gdzie obecnie śmigają po niebie golfowe piłeczki, istniał ogród zoologiczny z prawdziwego zdarzenia, że Błękitna Laguna początkowo miała ciut inne położenie. I pewnie niewiele będzie ciebie obchodziła moja syzyfowa praca w sprawie pieskiego życia psa w Rvk. Jeżeli jednak "poniesie cię materia" i wykorzystasz u siebie zdobyte u mnie informacje, pokaż, że jesteś lepszy od tych, którzy powinni nam, maluczkim, świecić przykładem. To naprawdę nie boli.
Skoro ja, człowiek dość nachalnie domagający się swego, potrafiłem du siebie linka (wpis "Ceny, ceny, ceny.") do strony, której autor wywalił u siebie mój komentarz, jako niechciany, reklamujący obcą stronę spam, to i ty dasz radę pokazać, że nie jesteś wszechwiedzący.

Oczywiście mój apel nie dotyczy tylko "zwykłych" turystów. 



A załączone zdjęcia... Kto wie, co przedstawiają, ten wie, kto nie wie, teraz się nie dowie. I tak z punktu widzenia turysty miejsce jest bez znaczenia. Dość wspomnieć, że próżno szukać teraz takich widoków. Dziś na tych terenach, które kiedyś nazwałem "zapomnianymi polami naftowymi Syberii", stoją i buduje się domy mieszkalne, a widoczne obrazki pokrył kurz historii i zapomnienia. 

Jak mówi stare przysłowie pszczół: nigdy nie mów nigdy. Może kiedyś wrócę tu z nowymi wpisami, ale jeszcze nie teraz. Może to zajmie tyle czasu, że wszystko przykryje kurz historii i stare gazety, i nie będzie do czego wracać? I może potrwa to tak długo, że nie będzie komu przywitać mnie: ŁELKOM HOŁM, ale nawet wtedy powiem sobie: warto było.


P.S. Możliwość komentowania nadal pozostawiam wyłączoną - co tu niby komentować? Ale przede wszystkim, nie mam ochoty kontrolować spamu. Zawiedzionych, nielicznych stałych czytelników, przepraszam za taki obrót spraw, a przypadkowych, zachęcam do zajrzenia w głąb bloga, choć to nie przewodnik turystyczny.